Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 września 2014

Podsumowanie sezonu

Zakończyliśmy sezon.

Był to niezwykle ciężki rok, który zapewne zostanie nam na długo w pamięci. Jak wiadomo nasze starty to w 90 % Świętokrzyska Liga Rowerowa, cykl z którym jesteśmy związani, w którym w większej lub mniejszej grupie uczestniczymy od ponad 6 lat. Trasy nie należą do łatwych i prostych. Jeśli ktoś wybiera się na ligę ten wie, że aby dojechać w czołówce dla roweru musi poświęcić sporą część siebie. Setki kilometrów idące z czasem w tysiące, wiele spędzonych w siodle godzin, podjazdy, zjazdy, porażki i sukcesy. Sport w każdej formie to wyzwanie. Jeśli chodzi o amatorskie kolarstwo to z roku na rok przybywa zwolenników tej dyscypliny. Po samej rekordowej frekwencji w Daleszycach widać że konkurencja jest coraz to bardziej liczna. Z naszą frekwencją też nie jest źle. Nie sprawdzałem jak to było dokładnie ale w jednym z maratonów wystartowało nas chyba 22 osoby, więc grupa dość liczna. Dobrze, że razem możemy wspólnie spędzać czas robiąc coś co lubimy mając z tego odrobinę radości. Mam nadzieję że nasza historia z kolarstwem będzie trwała nadal. Długo by pisać o każdym z ośmiu maratonów z osobna, może jeśli ktoś chce zapraszam na kanał YT "nif360" . W skrócie: wszystkie trasy były wyjątkowe, odmienne i ambitne. Nie było czasu na odpoczynek, każdy wytrwale dążył do upragnionej mety.

Na koniec trochę podziękowań. 

A więc w imieniu zarządu SSC podziękowania kierujemy do i dla:
- Jacka Gałczyńskiego za relacje fotograficzne z każdego maratonu, 
- Dariusza Wolniaka za wypożyczenie samochodu dzięki któremu mogliśmy dotrzeć na maratony,
- Całej ekipy dopingującej, dodającej otuchy na każdy wyścigu, 
- Szymona Piasty za kilkuletnie, każdorazowe informacje prasowe po każdym maratonie,
- Łukasza Wisowatego z Tygodnika Skarżyskiego za zainteresowanie tematem kolarstwa w powiecie,
- Wszystkich którzy w sezonie 2014 reprezentowali Suchedniowskie Stowarzyszenie Cyklistów na trasach rajdów i maratonów,
- Dla Urzędu Miasta i Gminy w Suchedniowie, oraz wszystkich tych którzy w różny sposób wsparli Stowarzyszenie nie tylko w 2014 roku.
- dla Miry i Maziego - organizatorów Świętokrzyskiej Ligii Rowerowej, za doskonałą współpracę w mijającym sezonie,
- Grupy Ratownictwa PCK Kielce za pomoc niesioną niejednokrotnie na trasach,
- Informatyków, Wodzianek, całej obsługi bufetów, obsługi technicznej, porządkowej, gastronomicznej ,
- dla wszystkich osób niewymienionych ale wspierających nasze działania przez wiele, wiele lat, 

Wszyscy jesteście dla nas kolarzy amatorów ważni, wspólnie od kilku lat tworzymy zgraną ekipę można by się pokusić o stwierdzenie..jedną wielką rodzinę. 
Dziękujemy wszystkim razem i każdemu z osobna.
Pozostaje życzyć wytrwałości w działaniu oraz mniejszych lub większych sukcesów w przyszłości pamiętając o tym iż w dużym stopniu sport jaki uprawiamy powinien być dla nas jedną wielką zabawą.



poniedziałek, 27 maja 2013

Sezon uważam za otwarty

Odkurzam pajęczyny, to też coś wrzucę na stronę bo dwa miesiące posucha w temacie.. więc zacznę od początku;)

Ładna zima tej wiosny-tak podsumuję początek sezonu kiedy to zapaleni rowerzyści chcieli w końcu wyjść z domów i wyruszyć w drogę. Niestety aura jak zwykle pokazała że globalne ocieplenie to tylko hasło z drzewa grinpicu:) Kaszanka nie wędlina, trenażer jazdy w terenie nie zastąpi.

A tymczasem:

Daleszyce
Pierwszy start w tym roku.  Śnieg jeszcze w przedostatnim tygodniu zalegał po lasach ale cóż trzeba jechać. Nowe, stare twarze, miejscówka na rynku trafna tym bardziej że plac wyremontowany i miejsc parkingowych dość sporo. Daleszyce od czasu jak zacząłem swa przygodę z ślr zawsze dość ciężkie a to kapeć, a to początek sezonu, ale nie poddając się w tym roku złym nastroją z entuzjazmem ruszyłem w trasę:) Mazi na początek wymyślił srogą przeprawę przez wszelakie możliwie jak najtrudniejsze zakamarki, ale szczęśliwie dotarłem do mety i maraton uznałem za udany.

 Sandomierz
" Jeśli się zgubicie to wasza sprawa" takimi słowami spiker przestrzegał startujących w sandomierskich biegach.Nie ma jak słowo otuchy dla biegaczy przed startem. Gdyby org na lidze do nas tak powiedział byłby uroczyście zlinczowany przez tłum rozgoryczonych kolorzy. Sandomierz to fajna miejscówka na start, pogoda też dopisała mimo kaprysów dnia powszedniego.  Niestety trasa przyniosła defekt w postaci przeciętej dętki i opony co skutecznie wyeliminowało mnie z dalszej jazdy. Już na luzie zmieniłem sobie dętkę, pożegnałem się z moim miejscem w stawce, minęli mnie już chyba wszyscy znajomi i mniej znajomi, to też wsiadłem i jadę. Przez 40 km udało się poznać nowe twarze i zapędy końcówki wyścigu. To takie nowe doświadczenie na przyszłość chociaż defektów mieć nie lubię

Nowiny
Klasyk ŚLR wymuszający podniesienie ciśnienia, gęsią skórkę, u niektórych brak oddechu, astmę lub rany wszelakie od obtarć po bardziej poważne kontuzje. Dojechanie w jednym kawałku na metę powoduje uśmiech na twarzy, gwarantując dozę zmęczenia i niezmierną satysfakcję. Jest to także najbardziej pieszy maraton ze wszystkich edycji. Pogoda i tym razem dopisała. Frekwencja trochę mniejsza ale niektórzy stwierdzili że mierzą siły na zamiary i odpuścili. Trasa wymagająca bardzo selektywna dużo podjazdów i technicznych stromych zjazdów. Tym razem jechało się wyśmienicie. Pełna satysfakcja na mecie co z resztą odzwierciedlił wynik:)

Kolejny start w Suchedniowie a do tego czasu jeszcze dwa inne wyścigi poza województwem. Będzie się działo!

poniedziałek, 16 lipca 2012

MP niedzielna końcówka

Równo tydzień temu zakończyły się MP w kolarstwie górskim w Kielcach. Od czasu kiedy zacząłem przywiązywać nieco większą rolę do roweru staram się w nich uczestniczyć regularnie, oczywiście w roli kibica. Niektórzy tego nie rozumieją, jak to można iść tam i patrzeć na to wszystko tyle godzin jak jeżdżą w koło i jeżdżą, jeżdżą, jeżdżą.... nuuuda jednym zdaniem..ale nie dla mnie. Kolejny raz miejscem docelowym była góra pierścienica. Okolica dobra do ścigania dla kolarzy i doskonała do kibicowania z tego względu ,iż spora część trasy jest odsłonięta,dzięki czemu potencjalny kowalski może śledzić zmagania zawodników nie ruszając się z jednego miejsca .Mam nadzieje że w przyszłym roku także zawitają tu zawody ... Niedziela to kilka wyścigów, a najlepsze jest to, że w każdym jechał ktoś kogo znam choćby z widzenia. Najbardziej oczekiwane dla wszystkich scyzoryków były zapewne dwa wyścigi: juniorów i elity kobiet. Pierwszy ze względu na występ dwóch młodych kolarzy z ck ,a drugi to mocne kibicowanie dziewczynom z 4f e-vive.

 Dzień zaczął się upalnie, żar nieubłaganie lał się z nieba.
 
Juniorki  jako pierwsze na starcie.
  
Z pogodą każdy radzi sobie na swój sposób.
 
 
Metoda ochłodzenia się w czasie ciężkiego wyścigu-"Na strusia" bo w piachu zawsze chłodniej- z serii nie róbcie tego w domu, oraz tylko dla zawodników z licencją. Po udanym zabiegu pilingu twarzy wstał, otrzepał się i pojechał dalej-szacunek.
 
Konwa Junior - w rodzinie nic nie zginie.
 
 Przed wyścigiem elity grubszą chwilę spędziłem pod namiotem 4f e-vive gdzie śledziłem przygotowania przed startem.
 
 Na wyścigu pojawił się także Darek a jego zdjęcia możecie obejrzeć na ulotne chwile-link w polecanych.
 
 
 
 Tu ustawiali się kibice licząc na efektowne i długie loty całej kolarskiej braci.
 
A to chyba najpoważniejsza przeszkoda końcowy drop, łamiący ramy, kierownice i psychikę wielu zawodników.
  
 Wielkie brawa dla tych trzech Panów którzy swym dopingiem uświetnili niedzielny wyścig.Gratuluje pomysłu i oby takich więcej.
 Niespodzianka na trasie. Wśród kibiców Joanna Jabłczyńska czyli od Fasolek do Na wspólnej:)
 A ogólnie kolarz z licencją na ściganie, dziewczyna na której podobno większe wrażenie robi facet z dobrym rowerem niż dobrą furą:)
 Na trasie ciągła,mordercza, nieprzerwana walka.
 A po wyścigu satysfakcja i wielka, nieopisana radość.

 
 
 Ostatnie zmagania to elita panów, tu zmagania dwóch marków i jak to trzeci powiedział : i tak wygra wszechnica:) -tak też się stało.
 
 
 
 To ostatnie zdjęcie które wykonałem w niedzile. Marek i Ania po jakże udanym weekendzie wracają do domu. Teraz tylko liczymy na świetną jazdę w Londynie:) Powodzenia.

Mianem zakończenia : Dobrze że są Piątki.
Pozdrawiam wszystkich znajomych, mniej znajomych i nieznajomych:), tych których widuje tylko raz w roku czyli rzadziej niż od święta, oraz starych wyjadaczy z ŚLR i nie tylko. Dobrze było tam być, kibicować i spędzić kilka dni w gronie najlepszych kolarzy z kraju nad Wisłą.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Dwa dni w Sopocie

A dlaczego w Sopocie? Zapewne ze względu na porównywalną ilość piachu na trasie jak i na plaży. Weekend minął pod znakiem zawodów w Sielpii. Jest to zupełnie nowe miejsce na trasie ŚLR. Pierwszy dzień czasówka. Zbiórka o 9, pakujemy przyczepkę(za którą dziękujemy Kubie i Łukaszowi) i w drogę. Na miejsce docieramy raczej bez problemów. Trasa wyścigu to 26 km, niby niewiele ale jednak dało po dupie. Pogoda w ostatnim tygodniu zmieniła się o 180 stopni, z deszczu w upalne słońce. Start co 30 sekund. Organizacyjnie jest dobrze bez opóźnień wszystko poszło zgodnie z planem. Jedziemy żwawo(na ile kto może), Tomek mnie dojechał i kontynuujemy razem aż do czasu kiedy na jakieś 250 metrów przed bufetem mijamy Pawła znanego niektórym pod tajemniczym pseudonimem TCWR. W wodzie i gałęziach przeprowadzamy rowery, Tomek ruszył ja za nim, ja się odwracam i widzę upadającego Pawła który złożył się jak na kielczanina przystało w dość konkretny szwajcarski scyzoryk. Patrząc na to wszystko pod kątem origami to coś pomiędzy kwiatem lotosu a rozjechaną żabą-pozycja co najmniej mało komfortowa(ale dość żartów).  Pytam czy jest cały, a z odpowiedzi zapamiętałem tylko dwa słowa: ręka i karetka. Zostawiam rower na boku zbieram Pawła i udajemy się w kierunku jazdy. Z pomocą przychodzi nam także tata jednego z uczestników, wyjaśnia że tuż za niewielkim wzniesieniem jest bufet. Upewniwszy się, że Paweł jest pod dobrą opieką powoli jadę dalej, z bufetu już ktoś biegnie a karetka w drodze. Jadę dalej mijają mnie dzieci, starcy, kobiety w ciąży, dzieci.... Na mecie dowiaduję się że TCWR o zgrozo kontynuuję jazdę z uszkodzonym łokciem(ratownicy nie byli zadowoleni z tego faktu gdyż uciekinierzy powodują większe zagrożenie). Tu przytoczę wątek rozmowy z Piotrkiem i Marcinem z dnia kolejnego wyścigu kiedy padło stwierdzenie że piłkarze byle draśnięci kameralnie padają na murawę w czasie gdy taki kolarz amator np po Nowinach wywala się, krwawi wsiada na rower i dalej w drogę..  Pakowanie pięciu rowerów to już czysta przyjemność. Z wątku parkingowego poniższy link dedykuję Piotrkowi i jego nowej świetnej maści na otarcia:




   Niedziela pełna nadziei.... jednak wypadła trochę poniżej jakichkolwiek oczekiwań. Okazała się  podobna do gry z Czechami czyli połowa szła a druga już jakoś nie bardzo. Nadzieja umiera po meczu lub jak kto woli w czasie maratonu:) Kilometry lecą a tu coraz to gorzej,ciężej piach ,kurz i słońce. Trafiam na bufet. Bez ironii obsługę oceniam 7 na 6. Jadę dalej gdzieś na zjeździe pierwszy raz od 4 lat samoczynnie rozpiął mi się łańcuch. Na dodatek zwinął się nikczemnie przez co dodatkowy czas zleciał na jego rozplątywaniu(tu dodam że mijało mnie kilku-nastu zawodników a jeden z nich rzucił czy ma pomóc-obyło się bez bo spinkę miałem ,ale dzięki za zainteresowanie). I tak po naprawie usterki siadam i dalej kręcę właściwie to miele. Powtarza się spotęgowana sytuacja dnia poprzedniego czyli dzieci, starcy, kobiety w ciąży, dzieci... Na kilka km przed metą dogania mnie prezes który jak strzała mknie ku ostatnim km. Upragniona META gdzie podpinam się pod bufet. Największe wzięcie maja pomarańcze i ciastka.Siedzimy rozmawiamy, kółko wsparcia bez psychologa, niektórzy zadowoleni inni nie bardzo, kórz na twarzach, piach w zębach cóż można chcieć więcej. Mym okiem ocena trasy dwóch dni: za długi dystans dnia kolejnego. Czasówka może być ale drugi to taki koło 38 km byłby idealny. Może gdym lepiej się czuł zdrowotnie w czasie samej jazdy inaczej bym to odczuł ale niestety.. Z tych bardzo pozytywnych wydarzeń to: dostałem od Maziego rękawiczki za pomoc Pawłowi:), Tomek znalazł 100 zł, które oddał za co czekało na niego pięć browarów(nadmieniam iż nie dojechały do domu). Ze spraw technicznych to hamulec nie rozwalił się kolejny raz:) przed reanimacją wyglądał tak:

Dwa dni objechał zobaczymy co będzie dalej.

Żona miszcza, Miszczu i ja:)
Rafał odpowiedzialny za wymalowanie mi gęby w polskie barwy bojowe zagarnął mnie na pokaz umiejętności wodno ratunkowych.




Z ostatnimi dwoma zdjęciami kojarzy mi się tylko jedno :)

sobota, 2 czerwca 2012

Nowiny-tego się spodziewałem

     Nowiny to chyba najbardziej - można by rzec - kultowy i ekstremalny etap ŚLR- będę się trzymał tej nazwy bo chyba z wszystkich jest najbardziej prosta, swojska i niekomercyjna:)  Przed całą imprezą forum grzmiało od ogromu pytań, poczynając od czasu zwycięzcy w zeszłym roku kończąc na wrażeniach z objazdu trasy. Każdy wie - tu ma być ciężko na to musimy być przygotowani. Z własnego doświadczenia wiedziałem że nie będzie lekko szczególnie gdy przypominałem sobie jedne z ostatnich podjazdów (czytaj podejść) gdy byłem tak zmęczony, że nie mogłem dogonić tomka który szedł pół kroku szybciej. Tydzień przed całą imprezą wybraliśmy się na objazd, a właściwie rekonesans trasy gdyż wszystkie jej ścieżki nie były nam znane. Było nas sześciu po przeliczeniu procentowym ponad połowa z nas miała defekt zaczynając od kapcia, zerwanego łańcucha, kończąc na pękniętej szprysze. Nie wróżyło to nic dobrego biorąc pod uwagę że tempo na wyścigu zdecydowanie wyższe. Nadszedł dzień sądny i wszyscy jak jeden mąż ustawiliśmy się na linii startu. Odliczanie, klik zatrzasków w butach i jazda. Ponad 200 osób ruszyło na spotkanie się z prawdziwym wyzwaniem. Na początku poszło raczej zgrabnie nikt drogi nie zajechał, wszyscy się wdrapali, bez przeszkód pociąg zmierzał ku kolejnym wzgórzom. Po 8 km przestał działać licznik. Na szczęście po kilku km wraca do życia. Wszystko idzie gładko, szybko i bez przeszkód, dwóch przede mną pada przy niewielkiej prędkości na liściach, przyczyna bardziej wynika z nerwowego ściskania hamulca niż z ukształtowania podłoża. Śmiga się dalej.  Większość trasy pokonuję z Piotrkiem -łucznikiem olimpijczykiem z Pekinu, lecz gdzieś w lesie odjeżdża i trasę kontynuuję sam. Aby nie było zbyt idealnie jakaś gałąź blokuje mi koło i klinuje łańcuch pomiędzy ramą a kasetą. Zjazd przy obwodnicy udaje się pokonać bez szwanku.  Mijam jeszcze kilku uczestników maratonu i końcówkę do mety pokonuję sam. Wyścig jak dla mnie udany porównując do ubiegłorocznego to nawet bardzo. Nie ujechałem się jak koń po westernie, nie było wielkiego kryzysu chociaż forma jeszcze nie taka. Na mecie czekało urodzinowe ciasto drożdżowe Marcina - Sto lat i jeszcze raz najlepszego!! Do tych mniej miłych momentów należą zapewne informacje o kilku dość poważnych wywrotkach kończących się w szpitalu. Chłopaki wracajcie do zdrowia!! A przed nami pierwsza w historii dwudniowa impreza na która już się piszemy jeszcze większą grupą!!

 
 Pomaran zawsze bardzo śpieszy się do mety to też przyjeżdża w czołówce dyst. master.
 Wiadomo do kogo mu tak prędko;)
 
 Pierwszy raz zdarzyło mi się obserwować takie oto zjawisko.


 Zbychu nasz champion :)
 
 Gary mistrz ciętej riposty i wujek dobra rada znany wszystkim forumowiczom.
 
 
Najważniejsze by z uśmiechem wjechać na linię mety.
A ciasto drożdżowe było pierwsza klasa:)